Dakar pokazał pazur

Foto znalezione na facebooku Robina Szustkowskiego

Mniej więcej dwa tygodnie temu pisałem o Starym, dobrym Dakarze. Tak się jednak złożyło, że tegoroczna edycja rajdu z pewnością nie była dobra dla zawodników. Stara chyba też nie, bo tak ciężko podobno jeszcze nigdy nie było. To było nowy, gorszy Dakar w którym Polacy ponownie mocno zaznaczyli swoją obecność…

Nie czuję się wystarczająco kompetentny by pisać Wam relację z tego rajdu. Przecież ja tam nawet nie byłem. Ale temat Dakaru podjąłem i jestem gotów go dokończyć. Pozwólcie więc, że podzielę się z Wami swoimi osobistymi przemyśleniami. Bez podpierania się statystykami, tabelami i innym materiałami źródłowymi.

Stary dobry Dakar, czyli pudło

W poprzednim tekście popełniłem kilka błędów. Zacznijmy więc od nich. Dość optymistycznie wypowiedziałem się na temat przyszłości konstrukcji typu Buggy w Dakarze. Uznałem, że Peugeot ostro powalczy, pokaże lwi pazur i zacznie trwającą 2-3 lata drogę ku zwycięstwu dla samochodów z napędem na jedną oś.

Niestety Peugeoty sobie totalnie nie poradziły. Wyśmienici kierowcy nie bardzo mieli co robić. Zresztą jeszcze przed rajdem dochodziły słuchy, że pustynne lwy nie są gotowe, jest dużo problemów. No i faktycznie, ten rajd należał do wozów 4×4.

Pisałem również, że Adam Małysz w swoim buggy SMG może powalczyć o niezłą pozycję w rajdzie. Jak się skończyło wiedzą chyba wszyscy. Pożar, który strawił samochód doszczętnie i gorzkie żale Małysza pod adresem organizatora. Nie wiem i nie byłem, ale postarałem się zebrać kilka faktów.

Etap na którym doszło do tego wypadku był dość długi, bardzo gorący i piekielnie nierówny. Jak się okazało później, najprawdopodobniejszym powodem pożaru były wylane tylne amortyzatory, które pod wpływem gorąca wywołały pożar. Dalej potoczyło się już szybko i dramatycznie. Problemy z amortyzatorami miały też inne SMG, ale to Małysz skończył najgorzej.

Dakar pokazał, że tu nie ma miękkiej gry. Jest twarda walka i totalny pogrom. A ten, kto bierze rajd za lekko, zapłaci za to karę. Jak twierdzi kilka lepiej poinformowanych źródeł, które śledziłem w czasie trwania rajdu, Małysz i Rafał Marton nie dostali od ręki pomocy od organizatora, bo… ruszali się. Na tym etapie, głównie wśród motocyklistów był taki pogrom, że ekipy w śmigłowcach musiały wybrać komu pomóc najpierw. Skoro chodzisz i machasz, znaczy, że możesz poczekać.

Rozumiem złość i strach o własne życie Małysza. Marton podszedł do sprawy z większym dystansem, co można wywnioskować z wywiadów. Jednak to jest chyba to miejsce, w którym trzeba powiedzieć sobie, gdzie ma leżeć granica odpowiedzialności. Jeśli robi się tak ekstremalny rajd i wypuszcza na liczącą ponad 500 km trasę kilkaset załóg na najróżniejszych sprzętach, to… Jedyne co może organizator, to modlić się o rozsądek zawodników. I szczęście, oczywiście.

Prawda jest taka, że żeby dobrze zabezpieczyć tę imprezę, odcinki musiałby mieć po maksymalnie 80-100km. Ale czy wracający stamtąd zawodnicy tak stroszyliby piórka, udowadniając światu swoje męstwo i bohaterstwo?

Organizatorzy Dakaru święci nie są, ale zawodnicy też potrafią się zapomnieć. Startując tam nawet jako amator, psychicznie trzeba być sportowcem z najwyższej półki. Trzeba mieć wiedzę i doświadczenie co do tego, kiedy odpuścić, co przeczekać, jak oszczędzić siebie i sprzęt kiedy robi się ciężko.

A nie pałować ile wejdzie i wściekać się, że ciało albo sprzęt nie dał rady. A organizator nie przyleciał po 5 minutach i nie starł potu z czoła. To jest element Dakaru. Podobnie jak sam wybór sprzętu. Organizator częściowo bierze na siebie odpowiedzialność za maszyny, które się ścigając. Są regulaminy sportowe, są badania techniczne.

Ale wszystkiego sprawdzić się nie da. Ja mam liberalne podejście do tematu, ale jak fura nie daje rady na odcinku, który nie okazał się najgorszym w tym rajdzie, i to nie dawanie rady skutkuje pożarem, który w chwilę zamienia cały samochód z zapasami wody w popiół i parę… No to coś tu jest nie tak. Trzeba też wziąć winę na siebie.

Okrutny Dakar

Kto jak kto, ale na Dakarze motocykliści mają swoją własną rzeczywistość. Płonące SMG to spory kłopot, ale przeżycie tego rajdu na dwóch kołach… Mi się to nie mieści w głowie. Siła fizyczna, siła psychiczna i sprawna głowa to za mało, żeby opisać dakarowego motocyklistę… Tutaj szczególnie liczy się ta umiejętność odpuszczenia sobie, kiedy ciało zaczyna wymiękać.

Wielu zawodników, szczególnie na trzecim etapie, kończyło rajd i za pomocą przycisku alarmowego ściągało śmigłowiec ratunkowy. Tutaj wygrana to jedno, ale przeżycie niestety też jest tematem wartym zastanowienia.

Dużo rzeczy się źle złożyło. W efekcie Michał Hernik z rajdu nie wrócił. Doszło do przegrzania organizmu. Za późno odpuścił.

Karawana nigdy się nie zatrzymuje

Rajd obfitował w wiele dramatów, od małych po ten jeden, największy. Mimo to walka toczyła się dalej. Zawodnicy zgodnie twierdzą, że to najtrudniejszy Dakar w historii. Łącznie z edycjami Afrykańskimi. Wiele wskazuje, że to prawda. I wielu twierdzi, że o to przecież chodzi.

Zresztą grupa zawodników od początku do końca równo walczyła o miejsca na podium. Nie było aż takich sensacji, szczególnie w klasie samochodów. Wygrał jadący szybko od początku Nasser Al-Atiyah jadący Mini All4, drugi był Giniel de Villiers na Toyocie Hilux, zaś trzeci, jak wiecie, Krzysztof Hołowczyc na Mini All4.

Królem quadów został Rafał Sonik. To, że jest wytrzymałym człowiekiem i świetnym kierowcą to jedno. Ale ogrom fartu to drugie. Podczas pierwszego etapu maratońskiego (dwa dni ścigania bez strefy serwisowej między nimi), motocykliści i kierowcy quadów jechali razem. Samochody jechały dzień wcześniej, kiedy ci pierwsi odpoczywali.

Etap był emocjonujący, ponieważ ważna część odcinka odbywała się na słonej równinie. Drugiego dnia etapu maratońskiego, kiedy motocykliści wracali do bazy rajdu a kierowcy samochodów odpoczywali, słone jezioro zalał deszcz.

W efekcie maszyny musiały przedzierać się przez roztwór soli, który masakrował szczególnie elektrykę. Wielu na przez to pożegnało się z rajdem. Tak zmieniła się czołówka w klasie motocykli i tak Sonik stracił później najgroźniejszego rywala. Od którego i tak był szybszy. Jednak fakt, że quad Sonika wytrzymał to katowanie to już kategoria szczęścia. Ale to też element tego sportu.

Prezydent

Na koniec krótko o Prezydencie RP. Otóż tenże polityk najpierw w oficjalnym piśmie pogratulował Hołowczycowi i Sonikowi wyników, pozachwycał się tym, jacy to Polscy sportowcy są świetni i walczą w tak trudnych imprezach jak Rajd Dakar. Kiedy panowie wrócili do kraju, nawet spotkał się z nimi i coś tam sobie pogadali.

No i fajnie. Serio. Prezydent to postać medialna, sondaże mówią, że reputacje ma znośną jak na polityka. I nagle sport motorowy jest przedstawiany w świetle pozytywnym, w atmosferze dużego sukcesu, czegoś bardzo wartościowego i godnego uwagi.

To na pewno nie zaszkodzi. Ale czas już najwyższy, żeby w końcu przestać w Polsce niszczyć infrastrukturę niezbędną do uprawiania sportów motorowych. A potem trzeba zabrać się za działanie. Za rozbudowę infrastruktury, tolerancyjne i logiczne prawo uwzględniające z jednej strony sporty motorowe a z drugiej amatorskie, rekreacyjne wykorzystywanie „pojazdów mechanicznych”.

Kubica, Kajetanowicz, Hołowczyc, Sonik, Błażusiak i wielu innych godnie reprezentują Polskę za granicą, sporo przy tym ryzykując, co pokazał tegoroczny Dakar. Jest też ogromna grupa wartościowych pasjonatów, którzy ciężko pracują na swoją pasję i marzenia. Nie trzeba więc dodatkowo utrudniać wszystkiego postkomunistycznym prawem i mentalnością.

MSK